niedziela, 18 kwietnia 2010

Święte miejsce

W piątek rano wyjechałem z grupą do Częstochowy. Przepiękne miejsce które ma w sobie magię.
Byłem tu pierwszy raz, to dla mnie wielkie i bardzo ważne wydarzenie...
Gdy dojechaliśmy na miejsce po południu, parking był już prawie cały zajęty przez autokary z pielgrzymami. Setki ludzi przybywają tu co dzień, i chcą uczestniczyć w tym cudownym wydarzeniu, jakim modlitwa i czuwanie przy obrazie Matki Boskiej.Wieża klasztoru była widoczna już z daleka. I to szczęście gdy już się tam jest, wreszcie można wysiąść i po prostu iść... Iść do wiecznego miejsca, umiłowanego przez królów, ważne osobistości i wszystkich polaków...
Kilka wolnych godzin to jednak za mało czasu by móc wszystko zwiedzić, nacieszyć się tym widokiem. Wchodząc od miasta idzie się pod górkę, długą aleją, po obu stronach obsadzoną drzewami. Widok ten musi być przepiękny gdy wszystkie rośliny odżywają, pokrywają się młodymi listkami, i kwiatkami... Krótki spacerek, odpoczynek na ławeczce, podziwianie widoku klasztoru górującego nad wszystkim. Po przejściu przez bramę zaczyna się park. Mnogość przecinających się alejek, miejsc do siedzenia, nieduży staw, i plac zabaw nadają mu spokoju, można się tu wyciszyć...Następnie po krótkim spacerku ruszamy z kilkoma znajomymi dalej... Zatrzymaliśmy się na głównym placu przed klasztorem. Widok przecudowny, a do tego rozmowy i miła atmosfera która udzielała się wszystkim. I tu jeszcze jedno zdjęcie z naszej pielgrzymki... ( i w tle na dole, oczywiście moje buty)Pozostaje sobie wyobrazić jak musi wyglądać plac kiedy jest tu tysiące ludzi, jaka wtedy musi być atmosfera...
Po tym wszystkim zostaje wejście już na obszar samego klasztoru...
Na początek przywitanie młodzieży która przybyła w to święte miejsce. Gdy ogromna sala zapełniła się aż po brzegi zaczęło się przemówienie. Był tam też chórek, gitarzyści, bębenki, i nawet osoba grająca na flecie, każdy kto chciał mógł do niego się przyłączyć. Pomyślałem, czemu nie...? można by spróbować... I tak ruszyłem z kilkoma koleżankami... Wspólny, radosny śpiew, chwalący Pana, to dopiero było pozytywne przeżycie... Tak, to coś wspaniałego, łączyć się z innymi w śpiewie. Na pewno tego nie zapomnę, i już zawsze będę próbował dołączyć się do chóru.
Nauka wygłaszana przez księdza dawała też wiele do myślenia, i wiele wnosiła do życia. Przynajmniej powinna, bo poruszała tematy miłości partnerskiej, tej prawdziwej... Dla wielu osób była to dobra lekcja. Dla mnie nie...? Może nie do końca, bo życie w związku nie jest moim celem i się w nim nie widzę... Ale nie ukrywam że te słowa wiele mnie nauczyły, i jeśli ja z nich nie skorzystam, to wszyscy inni powinni wziąć je głęboko do serca i głęboko się nimi kierować. Nie będę mówić o tym dokładnie bo nie są to moje słowa, ale zgadzam się z nimi, i już wcześniej poruszałem podobny temat. Może w przyszłości zajmę się nim na nowo, trochę szerzej...
Po przywitaniu się z młodzieżą i nauce ku niej skierowanej, została chwila na zwiedzanie.
Teraz zaczynała się czas modlitwy, który rozpoczęła Droga Krzyżowa na wałach. Było tak wielu pielgrzymów że droga którą podążaliśmy ciągnęła się metrami, i nie dało się dojrzeć końca. Wyglądało to, i było świetne, do tego te cudowne pieśni...
I teraz wszyscy udali się do środka, by zacząć czuwanie przy świętym obrazie. Chciałem być jak najbliżej, ale jak to zrobić gdy było aż tylu ludzi...? Ale Bóg mnie wysłuchał i z samego końca kaplicy, pełnej pielgrzymów, dostałem się pod ołtarz. Często mi się zdarza że czaka ma mnie jedno wolne miejsce... Podchodząc bliżej, moje serce biło coraz mocniej, to uczucie szczęścia... Ta atmosfera która mnie ogarniała była nie do opisania... Pierwszy raz i spotkało mnie tyle pozytywnych rzeczy... Bardzo mili ludzie, wszystko było takie piękne... Brakuje słów do opisanie tego wszystkiego...? Tak, bo doznałem czegoś czego nie potrafię opisać słowami, trzeba tego doświadczyć samemu...
I tak dobiegł koniec naszej wizyty w Częstochowie... Pozytywnie...? Tak, nawet bardzo...
Ale został jeszcze powrót, kilka godzin wraz ze znajomymi... Nie mogłem usnąć, może to z tego całego szczęścia które mnie ogarnęło...? Nie wykluczone...
Dziękuje za przeczytanie mojej krótkiej relacji... Polecam pielgrzymkę do Częstochowy, i nie wiem czemu nie byłem tu nigdy wcześniej...? Za to piesza pielgrzymka, to musi być dopiero pozytywne przeżycie...
I tak na marginesie, że jedna godzina snu na dwa dni to jednak nie jest dobry pomysł... Oczywiście można wytrzymać, ale nie polecam. Wpis miał być wcześniej ale musiałem kilka dni odespać i wrócić do swojego normalnego rytmu dnia...

wtorek, 13 kwietnia 2010

Moja Droga...

Każdy szuka swojej drogi... I powinno to być naszym głównym celem...
Można planować wszystkie szczegóły, myślami wyprzedzać przyszłość, albo po prostu objąć jakiś prosty kierunek i nim się kierować, realizując przy tym pozostałem, dajmy na to, pomysły na życie.
Trzeba żyć godnie i z honorem, ale również by niczego nie żałować.
Wybory bywają trudne, ale trzeba być zdecydowanym, nie można się poddać krytyce i przeszkodom, jakie mogą postawić nam nawet znajomi.
Ja wiem co chce zrobić ze swoim życiem, zamierzam poświęcić Bogu...
Jestem bardzo religijny, zawsze starałem się być dobrym człowiekiem i nikomu nie szkodzić i nieść pomoc. O tym że chcę wstąpić do seminarium zacząłem myśleć po pewnym wydarzeniu.
Jest nim moja choroba, nieuleczalna na dodatek. Nie uważam ją za jakąś karę, czy jakiś genetyczny błąd, bo zawsze byłem zdrowy, jest ona dla mnie znakiem który miał mi wskazać kierunek jaki miałem obrać. Dlatego że przed tym wszystkim chciałem wstąpić do wojska. Jakby wtedy wyglądało moje życie...? Jakim człowiekiem bym się stał...? Nie wiem i teraz nie chcę tego wiedzieć... Wiem że choroba nakierowała mnie na dobrą drogę, i będę się nią kierował...
Co więcej, poznałem ludzi którzy stali się dla mnie bardzo ważni, pomagali mi wszystko zrozumieć... Wszyscy oni odegrali też dużą rolę w moich wyborach. I ja sam chce wybrać takie życie, nikt mnie do niego nie namawiał...
Co mnie boli w tym wszystkim...? Opinia innych ludzi i ich "bezcenne" komentarze...
Na wieść o tym że chce wstąpić do seminarium każdy reagował inaczej. Wiadomo każdy ma swoje zdanie i ja to szanuje, ale niech nie próbują mną manipulować, i kierować...
Nie wiem czemu są tacy ludzie... Jedni reagują pozytywnie, inni normalnie, ale negatywna reakcja po prostu mnie szokuje... Może najlepiej się obrazić nie odzywać za to że tak kieruje swoje życie... Chcę zostać księdzem, nauczać i pomagać ludziom. Dajmy na to, ktoś powie: - Chcę zostać prawnikiem. Każdy odpowie: - O to dobry wybór, gratuluję. Oklaski, wiwaty... I co może robić taka osoba po studiach...? Może ona bronić morderców, gwałcicieli, złodziei, bu uniknęli wyroku i więzienia. (Oczywiście nie mówię że, nie mają prawa do obrony, bo każdy powinien je mieć.) Potem powstaje paradoks jak kogoś okradną, i na tym fakcie się zakończy, bo kogoś uniewinnili...
Można podać jeszcze wiele takich przykładów...
Nie rozpowiadałem że chcę wstąpić do seminarium, ale takie wieści szybko się rozchodzą, widocznie nikt nie usiedzi w ciszy i musi się z kimś tym podzielić.
Dziwią mnie pytania pewnych osób "żartujesz...? " "co ty opowiadasz..." i takie tam prawda, jak zawsze. Dobiło mnie jedno "od kiedy to masz?". Od kiedy to mam...? To już lekka przesada, powołanie to NIE jest żadna choroba, po pierwsze... Mam jednak nadzieję że to było przejęzyczenie... Jednak gdy pytam się czemu mam tego nie robić, mówią że mają na to tysiące argumentów. No tak tak ich dużo, ale na drugie pytanie żeby mi kilka wymienili to poczekaj, chwilka, i wychodzi na to że, na jednym się kończy, o ile w ogóle na jednym... Ujdą też pewne śmiechy, niedowierzanie, na przykład "o będę miała ślub za darmo." , to nie przeszkadza, mnie również bawi, rozluźnia atmosferę. Jedni się o mnie martwią, ale to nie jest jakieś negatywne myślenie, to jedynie troska. Ktoś też mnie się spytał czy nie jest to ucieczka od świata, problemów... Ja jednak tego pytania nie rozumiem, jak można traktować seminarium jako ucieczkę...? Nie mam problemów tak wielkich żebym sobie z nimi nie dał rady, albo się przed nimi kryć. Kolejnym pytaniem, które się pojawiało, było na temat miłości. Zastanawia mnie też o jaką "miłość" tym osobom chodzi, bo różne są wyobrażenia i każdy myśli wartościując według swoich zasad. Ale moja odpowiedź jest prosta, kocham wszystkich, niektórych może trochę bardziej, i tak powinno być.
Czemu ten świat ma jakieś uprzedzenia do księży, i do życia jakie prowadzą...? Są jednak tacy którym to nie przeszkadza, po prostu każdy ma swoją drogę, a znajomość takich osób nie jest im obce. Seminarium to też szkoła i chodzą tam zwykli ludzie, dla których Bóg jest bardzo ważny, z którymi można się przyjaźnić, rozmawiać na wszystkie tematy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nienormalnego, co odsuwa, straszy, co może stawiać granicę pomiędzy. Ale jedni w taki sposób to odbierają, nie wiem czemu...
Ja czuję że jest to moje powołanie... Chce w tym wytrwać i nie poddać się... Bliskie mi osoby to rozumieją i mnie wspierają, i za to im jestem bardzo wdzięczny... W Bogu odnajduje swoje szczęście. Przepełnia mnie radość gdy myślę że takie życie może się spełnić. Modlitwa i kościół również są bardzo ważne, i płynie z nich wielka nauka...
Tak to jest Moja Droga...

Chcę poznać wasze zdanie, komentujcie... Wyraźcie swoje własne zdanie, krytyczne lub budujące. Chce wiedzieć co sądzą o tym inni ludzie...
Proszę, i dziękuje za wasze opinnie...

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Szczere myśli...

Życie jest jednak nieprzewidywalne... Są w nim wzloty i upadki, a czasem kończy się również szybko jak się zaczęło...
Katastrofa prezydenckiego samolotu przypomniała nam że nie możemy być do końca pewni wszystkiego. Jest to wielka strata dla naszego państwa. Śmierć tylu ważnych osób połączyła nasz naród, w smutku i żałobie. Każdy zadawał sobie pytanie, jak do tego mogło dojść? - To nie może być prawda. Choć były to dla większości obce osoby, to jednak rozpoznawane przez wszystkich. Ludzie ze łzami w oczach słuchali relacji, zbierali się kościołach na modlitwie i przed pałacem prezydenckim by zapalić znicz. Bardzo liczne uczestnictwo w kondukcie żałobnym również było pięknym wyrazem ze strony całego narodu. Było to dla mnie wręcz wzruszające i smutne wydarzenie. Pierwszego dnia również nie dochodziło do mnie to co się stało, i jak do tego mogło dojść, ale po jakimś czasie zacząłem stawać się na to obojętny, relacje w mediach i zachowanie ludzi straciły dla mnie sens. Stawiałem sobie teraz takie pytanie; czy na pewno są to szczere uczucia...?
Niezbyt jestem zainteresowany polityką, nie do końca mogę wiedzieć co się dzieje, ale wiem jak inni zabierali głos w sprawie naszego rządu, i jakie mieli o nim zdanie. Każdy dorzucał swoje komentarze, jak jest źle, że wszystkie podejmowane decyzje są błędne i nie dają żadnych zysków. Tak robiło wielu. Ciągłe sprzeczki niszczyły relacje, i nie dawały dojść do porozumienia. Ja sam uważam że po za tymi nieporozumieniami nasz kraj funkcjonował w normalny sposób. Każdy jednak miał swoje zdanie, krytykowano wszystko... I tu po katastrofie mamy nagły zmianę myślenia. W tym momencie zaczynają się pewne "schody", bo już nie wiadomo kto jakie miał wpierw zdanie. Zaczyna się lament i "słodzenie", wszyscy zaczynają mówić jednym głosem.
Tyle tylko że mi jest w to trudno uwierzyć, brak w tym szczerości. Dla niektórych lepiej by było zachować godność i na prawdę się nie wypowiadać, przemyśleć to wszystko w ciszy... Zobaczymy czy nie przerodzi się to w polityczną "propagandę" i uczucia pozostaną prawdziwe. Ja sam nie mógłbym znieść dobroci mówionej przez zaciśnięte zęby, i sztucznych łez... Jest to dla mnie w pewnym sensie żałosne. Każdy powinien zostać sobą i w najlepszym wypadku zachować to dla siebie, w spokoju uczcić pamięć tych którzy odeszli. Powinniśmy wyciągnąć z tego wydarzenia też odpowiednią naukę, że śmierć przychodzi z niespodziewanie, w najmniej oczekiwanym momencie, i powinniśmy być w pewien sposób zawsze gotowi, nie zostawiając niedokończonych spraw... Świat również stałby się lepszy gdyby panowała w nim prawda, ludzie szanowali by się na wzajem, odłożyli by na bok swoje spory i krytyczne wypowiedzi.

Ja pozostaję sobą, i wyrażam własne zdanie o tym co myślę... Sądzę że inni też nie będą ukrywać się za maską, która pasuje do zaistniałej sytuacji.
Z szacunkiem do osób których już nie ma między nami...

sobota, 10 kwietnia 2010

[*]...

Jak to mogło się stać...? Każdy zadaje sobie takie pytanie.
Czemu doszło do tak wielkiej katastrofy...? Cały kraj łączy się w żałobie...
Ja jakoś nadal nie potrafię w to uwierzyć, nie umiem się z tym pogodzić...
Nic nie przychodzi do głowy...

piątek, 9 kwietnia 2010

Miły, różowy dzień...

Kolejny dzień dzięki optymizmowi zakończył się bardzo dobrze. Było miło, i różowo.
Dlaczego tak...? Ponieważ wszystkie dobre rzeczy które mnie dziś spotkały były różowego koloru. Może troszkę to dziwne, czemu akurat taki kolor...? W sumie zauważyłem to dopiero niedawno, taki przebłysk że wszystko się łączy ze sobą. Może jednak na siłę doszukałem się sensu w tych rzeczach... Ale choćby i tak było, to jednak lepiej mieć takie wytłumaczenie. Dzień był dobry i różowy, barwa przecież ciepły, miły, i jaskrawy więc czemu by nie pozytywnie... Jednak wiadomo w naszym świecie ten kolorek ma wiele znaczeń, dla niektórych nawet negatywnych. Mi jednak przyniósł szczęście, ale nie będę pisał w jakiej postaci...
A co więcej kupony lotto też mają taki lekki odcień różu...

środa, 7 kwietnia 2010

Optymistycznie...

Miał być piękny, słoneczny dzień. Spokojny, bez żadnych zmartwień, jeszcze z poświąteczną atmosferą...
Zaczął się jednak inaczej. Chłodny, pochmurny poranek odbierał już chęci do jakichkolwiek czynności... Wstajesz z myślą o ciepłych promieniach słońca, po prostu rozpływasz się w tych myślach, ale wyglądasz przez okno, i widzisz tą zamgloną szarość. Aż przechodzą Cię dreszcze po całym ciele... Co więcej dowiadujesz się że dzisiejszy dzień na pewno nie spędzisz na odpoczynku. Wiadomo nauka i różne obowiązki.....
Dobrze więc, trzeba jednak iść do przodu choć oczy zaspane, i brak sił na cokolwiek, a do tego zimno.
Co pomaga w takie dni...? Oczywiście pozytywne myślenie. Musimy być szczęśliwi i uśmiechnięci cały czasz nie zależnie od sytuacji. Tak to naprawdę pomaga podnieść się po jakże trudnym starcie.
Co może nam jeszcze bardzo pomóc...? -Znajomi. dobre towarzystwo, chwila rozmowy, żarty, i jesteśmy rozpromienieni. Samemu zawsze trudniej zyskać dobry humor. Trzeba swoim optymizmem zarażać również innych, by każdemu udzieliła się miła atmosfera. Dzięki temu wszystko zaczyna się układać, szarość dnia nabiera barw, obowiązki nie są już tak uciążliwe, jakimi mogłyby się zdawać, i nic już nie jest w stanie zaszkodzić naszemu dobremu samopoczuciu...

I dzięki optymizmowi ciężki początek miał miłe zakończenie, a dzień zaskakiwał pozytywnie. Pamiętajmy, nie warto być pesymistą i samemu pogłębiać się w tych czarnych barwach. Żyj kolorowo chciało by się rzecz...
Życzę równie dobrze spędzonych dni w miłej atmosferze...

wtorek, 6 kwietnia 2010

Miłość...?

Czym jest dla nas miłość...?
Czym stała się w dzisiejszych czasach i jak jest przez nas rozumiana...?
To piękne uczucie kształtowało się przez wiele wieków, nabierając to coraz nowszych znaczeń i wyobrażeń o niej.
Ale czy okres w którym obecnie żyjemy jest dobry...?
Znaczenie owej miłości zostało bardzo zdeformowane przez media i różne młodzieżowe pisma.
Uczucie to straciło wiele na wartości, romantyczności i subtelności, nad jaką pracowali dawni pisarze i poeci. Dziś to wszystko sprowadza się jedynie do wyglądu, i "bardzo bliskich" kontaktów międzyludzkich. Wiadomo są ludzie którzy pojmują jeszcze miłość w poważny sposób, przynajmniej mam taką nadzieje.
Dziś wiele osób ma problemy związane z miłością, stają przed trudnymi wyborami. W sumie jest to decyzja dwóch kochających się ludzi, i w tym wypadku nie każdy powinien mieszać się w te sprawy. Tyle tylko że niektórzy sami sobie z tym nie mogą poradzić, zaczynają mieć wątpliwości które źle wpływają na dalsze życie. Trzeba być wyrozumiałym i nie tworzyć przeszkód, a jedynie starać się zrozumieć to uczucie i dawać porady a nie starać się samemu wchodzić w ten związek próbując łączyć ludzi, bo może to mieć wtedy całkiem inne skutki niż zakładamy. Na początku trzeba się zastanowić czy znaleźliśmy osobę z którą się dobrze rozumiemy, czy jest to prawdziwe uczucie, zauroczenie, czy bardziej ciekawość. Bo na przykład w moim rozumieniu nie ma wielkiej Miłości przez duże M na pewien, dajmy na okres próbny, który kończy się tak szybko jak się zaczął. Jest to dla mnie śmieszne, i nie wiem jak można mówić tu o prawdziwym uczuciu.
Miłość powinna łączyć ludzi na całe lata, całe życie, jak przysięga składana podczas ślubu. Wspólne spędzanie czasu, zrozumienie, pomoc i nieustająca troska. Gdy tęskni się za kimś po chwili rozłąki, i nie przestaje się myśleć o tej osobie, oczywiście w zdrowy sposób by nie popaść w jakąś obsesję. Kolejnym czynnikiem pięknej i prawdziwej miłości powinien być wyżej wspomniany ślub. Wydarzenie które z Bożą pomocą umacnia zakochanych w tym uczuciu.
W latach młodzieńczych nie jestem do końca pewien czy można mówić o miłości.
Czy może to być coś więcej...? Możliwe że tak, ale w większości przypadków jest to po prostu zauroczenie. Nie mówię oczywiście że jest to coś złego i daremnego, bo może przerodzić się to w wielkie uczucie. (Łączyć ludzi może też coś innego, ale o tym innym razem) Ale trzeba to głęboko przemyśleć, czy warto angażować w to swoje uczucia, i czas...? Nie zawsze to przecież może wyjść na dobre, wtedy żałujemy takiego wyboru, niektóre osoby mogą to też bardzo przeżywać. Warto uważać by nikogo nie skrzywdzić w ten sposób, bo to jednak może zostać w psychice, i traci się wtedy zaufanie.
Dlatego wszyscy muszą zastanowić się czego naprawdę pragną. Czy ma to być zwykła znajomość, może przyjaźń, ale z tym też ostrożnie w takich wypadkach, lub też prawdziwe uczucie.
Jeśli tak trzeba poświęcić trochę siebie i walczyć o taką Miłość, bo może płynąć z tego wielkie szczęście, a nasze życie nabierze nowych wspaniałych kolorów...

Miłość nie tylko odnosi się do zakochanych par, może funkcjonować w rodzinie w śród bliskich ale wtedy to co innego. Postaram się dalej toczyć to zagadnienie, oczywiście są to tylko moje spostrzeżenia, każdy myśli i postrzega inaczej. Zapraszam do komentowania. I Dziękuje....

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Ludzki błąd...

Czemu ludzie są tak bardzo skłonni do popełniania błędów...?
Nawet jeśli wie się o konsekwencjach takich czynów...?
Jest to bardzo zastanawiające... Nie będę przywoływał jakichś konkretów bo można przytoczyć wiele takich sytuacji. Zaczynając od różnych groźnych nałogów, po przez różne wybory, kończąc na małych zachciankach.
Co w tym wszystkim pociąga człowieka...? Jeśli staramy się żyć dobrze, omijamy takie sytuacje, ale jeden błędny wybór pociąga za sobą inne. Gdy taka machina zostanie uruchomiona to jest problem żeby ją zatrzymać. Niszczy to psychikę, stajemy się pesymistami, nic nas nie cieszy, bywamy agresywni i odcinamy się od społeczeństwa (ale są różni ludzie). Te właśnie błędy z których płynie mała przyjemność mogą przerodzić się w nałogi z którymi trudno wygrać. Niektórzy czują się źle po czymś takim i może to być dla nich pewną motywacją by starać sobie z tym poradzić. W sumie zawsze przychodzi taki moment gdy człowiek zaczyna pojmować że czyni źle, czasem może on się pojawić dopiero po jakimś drastycznym wydarzeniu, niekiedy może jednak być już za późno. Potrzebna jest też mocna psychika i zdeterminowanie, bez tego sami sobie nie damy rady. Wsparcie najbliższych jest również bardzo pomocne. Nie uciekajmy od takich problemów bo one mogą się jedynie pogłębić.
Trzeba starać się być zawsze optymistą, dokonywać dobrych wyborów, miejmy własne zdanie i starajmy się opierać się swoim słabościom bo od małych rzeczy wszystko się zaczyna.

Postaram się w przyszłości nadal rozwijać temat, dopisywać różne uwagi, sugestię. Bo to co tu mamy za mało żeby to wszystko objąć, a same ogólniki w niczym nie pomogą. Nie wiem czy jest to dobry wpis, czy wnosi coś do naszego życia, każdy ma przecież swoje zdanie.

Sprostowanie...

W pierwszym wpisie może trochę się rozpędziłem...
Nie jestem aż tak utalentowany aby pisać filozoficzne teksty, jednak postaram się żeby raz na jakiś czas pojawił się post o głębokich przemyśleniach, gdy tylko czas pozwoli.
Dziś akurat wena mnie opuściła, i uleciały wszystkie pomysły na jakiś dobry tekst. Może to przez dzisiejszą szarą i deszczową pogodę...? Albo coś bardziej mrocznego...? Nie wiem, nie jestem do końca pewien...

niedziela, 4 kwietnia 2010

Witam...

Witam osoby które chcą czytać mój blog...
Chcę pisać w nim o rzeczach poruszających tematy ważne oraz mniej ważne, skłaniających do rozmyślań, głębokich i zastanawiających, ale również o zwykłych dniach i mniej ciekawych wydarzeniach. Może będzie on dla jednych pewnym drogowskazem, skłoni do rozmyślań, pomoże w życiu. Bo ma on na celu Szukanie Drogi, pewnego sensu. Wiadomo, nie zawsze on taki będzie, bo nie zawsze można zainteresować, jednych zaciekawi skłoni do komentowania inni będą go czytać z nudów. Jednak twórczym być zawsze się nie da, i dlatego będę pisał też o prostym życiu bez żadnych głębszych tekstów...

A teraz bardzo krótko się opiszę:- Jestem przeciętnym chłopakiem, zawsze staram się pomagać innym, nie jestem stronniczy, próbuje żyć w zgodzie ze wszystkimi, i nie mam nałogów.
Dwa lata temu zachorowałem na nieuleczalną chorobę, nie jest aż tak groźna, ale będzie ze mną do końca. To ona stała się dla mnie pewnym drogowskazem który trochę zmienił moje życie... Ale o tym jeszcze się napisze...